Archiwum 23 maja 2020


maj 23 2020 Czym jest nauka?
Komentarze (0)

Drogi Czytelniku,

Pandemia COVID-19 wciąż trwa, praca zdalna również jest na tapecie, zatem w dalszym ciągu mam sporo czasu na nadrabianie zaległych pozycji w literaturze, kinematografii, czy też muzyce. Muszę przyznać, że to w jakie zakątki czasami wpuszcza mnie Spotify bywa w takim stopniu zabawne, ale przede wszystkim inspirujące. Nade wszystko jednak zauważyłem jak w ciągu ostatnich dwóch lat zmienił się mój gust muzyczny. Czy na korzyść? Zabawne, kolejne z pytań pojawiających się w mojej głowie, na które nie znam odpowiedzi. Chyba nawet jej nie szukam.

Tak na marginesie, z góry przepraszam, że mogę mieć wtrącenia rodem z Umberto Eco toutes proportions gardées, ale ostatnio zatraciłem się we właśnie tej twórczości i przyznam szczerze, że niesamowicie urzekł mnie ten język, osadzenie w trakcie patu związanego z dwoma papieżami, mroczna historia. Jednym słowem, z mojej perspektywy jest to powieść wprost idealna i nie dziwię się, że to jeden z największych bestsellerów w zakresie literatury. Ale nie o tym dzisiaj.

Dzisiaj chciałbym zrobić lekki podkład (trochę jak makijaż kobiety na upalny dzień. Widoczny, ale na tyle subtelny, że nie spłynie z twarzy w konsekwencji konkretnego upału). Takie muśnięcie, zaczepienie pewnego zagadnienia, które zostanie kontynuowane w oparciu najpierw o jeden z rozdziałów książki Stephena Hawkinga, następnie postaram się przejść do pewnej hipotezy, która ma swoje korzenie w teorii par (teoria liczb) i myślę, że zakończę podobnym zagadnieniem, ale poruszanym już przez prawdziwy autorytet naukowy. Dzisiaj oprę się na prawdziwym autorytecie, osobie wybitnej i zwyczajnej w swojej wybitności.

Jak wspomniałem na początku, w ostatnim czasie nadrabiam zaległości w książkach. Jakiś czas temu sięgnąłem po kilka książek, m.in. po Przemowy niezapomniane Shaun’a Usher’a. Muszę przyznać, że bardzo lubię tego typu książki. Mają charakter podobny do poezji, czyli krótkie teksty, po których siadasz głęboko w fotelu i rozmyślasz. Tutaj są różnego rodzaju przemówienia znanych osób. Oczywiście, nie każdego z autorów kojarzę, to jasne. Tym niemniej, po bardziej inspirujących słowach lubię poszukać w sieci informacji na temat danej postaci. Dzisiaj oprę się na laureatce Nagrody Nobla z 1996 – roku, w dziedzinie literatury. Tak, tak drogi Czytelniku. Dzisiejszą inspiracją, bodźcem do rozpoczęcia czegoś co już od dłuższego czasu chodziło mi po głowie (problem był z formą) jest Jej Wysokość, Królowa Dymu Tytoniowego, Niesamowicie Urocza Kobieta – Wisława Szymborska.

Inspiracją do rozpoczęcia była Jej przemowa noblowska. Myślę, że trudność tego co zawrę poniżej, trudności z odpowiednim doborem poszczególnych słów, zdań, wersów, itd. w najlepszy sposób oddają pierwsze dwa zdania z tej przemowy „Podobno w przemówieniu pierwsze zdanie jest zawsze najtrudniejsze. A ja mam je już za sobą… (…)”. Na czym polega owa trudność? Myślę, że największą trudnością, która jest równocześnie moim przekleństwem i błogosławieństwem, swego rodzaju darem (wiem, brzmię jak straszny bufon, ale to chyba najlepiej oddaje istotę), jest moje codzienne zajęcie.

Przemowa Wisławy Szymborskiej pokazała mi realny problem tego co się może stać ze mną, ale równocześnie jeszcze bardziej utwierdziła mi to, że moja praca może mieć sens. Tak na marginesie, zgadzam się z p. Wisławą, że tytuł profesora poezji nie jest złym pomysłem, przy czym nie powinien być nadawany tak jak każdy inny stopień naukowy. To sam poeta winien sobie go przyznawać (zakładam uczciwość postępowania i realnej oceny własnych umiejętności ponad ego), a Prezydent powinien grzecznie uścisnąć dłoń, wręczyć pamiątkową teczkę (czy cokolwiek jest nadawane), zjeść wspólnie kolację, dyskutując o ciekawych dziełach i cześć!

Wracając jednak do tematu, pytam siebie samego na czym polega praca naukowa. Praca naukowca to ciągłe pytanie małego (w tym przypadku) Kubusia: „Dlaczego?”, ewentualnie „Po co?”. Odnosząc się do tej świetnej przemowy, kim byłaby Maria Skłodowska-Curie, gdyby nie zadawała sobie takich pytań? Nauczyciel, maksimum które mogłaby z siebie wykrzesać. Nie zrozum mnie źle drogi czytelniku. Dobry nauczyciel również ciągle pyta, szuka, ulepsza, szuka drogi do każdego młodego człowieka. Reszta jest nauczycielem tylko z nazwy i moim zdaniem takie osoby powinny dać sobie spokój z tym zawodem. Jeśli nie masz do czegoś serca, przekonania, to Twoje męczarnie będą tylko się potęgować i odbijać na ludziach z którymi pracujesz, na jakości Twojej pracy. A chyba nie o to chodzi, żeby ktoś się z nami męczył.

Wracając do pytań. Takie pytania zadawali sobie starożytni greccy filozofowie, ale nie tylko. Fenicjanie, stwierdzając pływy na Morzu Śródziemnym siedzieli godzinami, czy nawet całymi miesiącami na plaży i wpatrując się w wodę, zauważyli zależność, że w zależności od położenia księżyca (jego fazy), woda pomimo występowania znikomego wiatru obniża swój poziom. Na podstawie kolejnych obserwacji, zapisów, notatek, szkicunków byli w stanie zauważyć takową zależność. Jako, że to był naród panujący nad sztuką żeglarstwa co najmniej wyśmienicie, znalazł zastosowanie swoich obserwacji większe aniżeli ciekawostka. Oczywiście, później ten mechanizm został dosyć precyzyjnie opisany dzięki znajomości rachunku różniczkowego, czy też dokładniejszym obserwacjom za pomocą lunet.

Jaka myśl przyświecała naukowym protoplastom? Mogę tylko się domyślać, ale bynajmniej nie był to artyzm, stworzenie czegoś skomplikowanego w czym zwykły człowiek się nie połapie, ale przede wszystkim opisanie otaczającej rzeczywistości w sposób, który potomni wykorzystają w codziennym życiu. Coś, co będzie utylitarne, nieoczywiste i ważne, żeby zakomunikować to światu. Wymienię tutaj chociażby prawo Archimedesa.

Przenieśmy się odrobinę dalej, zdrowo ponad 1000 lat, prawie że 2000, do czasów nowożytnych. Jesteśmy w XVII – wieku. Isaac Newton obserwując spadające z drzew jabłka zastanawiał się, dlaczego one spadają właściwie zawsze pionowo. Ta myśl, ciekawość sprawiła, że wymyślił coś, co w sposób podstawowy definiuje to co nas otacza. Za pomocą rachunku różniczkowego udowodnił, że jabłka spadają pionowo ze względu na przyciąganie ziemskie. A czym jest wektor grawitacji? To taki, wektor, który w dowolnym punkcie geoidy (Ziemia ma taki kształt) jest idealnie prostopadły do jądra ziemskiego. Proste, prawda? Krótko i na temat.

Zatem, jedna obserwacja spowodowała, że świat nauki wzbogacił się o dwa duże odkrycia. W następstwie tego, zostały jeszcze opracowane kolejne trzy prawidła, które są podstawą opisu rzeczywistości, ale w skali makro. Mianowicie, zasady dynamiki. Trzy proste prawa, które są oczywiste, ale też należało je w jakiś sposób opisać i tutaj rachunek różniczkowy okazał się niezbędny.

Sam rachunek różniczkowy posłużył w późniejszych latach do opisu koloru nieba (właściwie kiedyś postaram się odpowiedzieć na pytanie dlaczego jest tak piękne), czarnych dziur, czy też do opisu fal morskich, prądów, itd. Mnie też rachunek całkowo – różniczkowy służy do codziennego opisu problemów, którymi się zajmuję. Przez setki lat, trochę to odkrycie spowszedniało ludzkości, ale należy pamiętać, że tak naprawdę do niedawna nie było możliwości opisu niektórych zjawisk.

Przeskoczmy zatem do czasów współczesnych i odpowiedzmy sobie na pytanie jaka jest obecna nauka? Obecna nauka jest kompletnie niezrozumiała. Bo czy zwykły człowiek, taki jak Ty, czy ja jest w stanie powiedzieć coś więcej na temat osiągania temperatury zera bezwzględnego, mutacji genów, czy rozpadu antybiotyków w ściekach? Osobiście – pozwolę sobie powątpiewać. Zatem, mój wniosek jest dosyć oczywisty. Ludzkość, starając się ulepszać to co ma w danym okresie do dyspozycji (w jakiejkolwiek dziedzinie, to bez znaczenia) zatraciła w pewnym momencie to co przyświecało jej przez wieki. Prostotę opisu.

I nie mówię tego dlatego, że mam muchy w nosie, bo czegoś nie rozumiem. Sam nie jestem lepszy. Przecież, gdybym komuś, kto nawet niegorzej ode mnie włada aparatem matematycznym (co nie jest takie trudne) pokazał to czym się zajmuję na co dzień, to ten człowiek by zbladł. Przecież nikt zdrowy na umyśle z marszu nie połapie się w takich rzeczach. Z czasem owszem. To też nie jest jakaś tajemna wiedza. Bez przesady.

Zastanawiałeś się drogi Czytelniku, dlaczego naukowcy robią takie rzeczy? Po co komuś osiąganie zera bezwzględnego? Przecież, żeby mieć kostkę lodu do drinka wcale nie musisz chłodzić wody do takiej temperatury, wytrącając elektrony laserem wytwarzającym specjalne pole magnetyczne. To aż głupio brzmi. Albo po co komu stosować jakieś fikuśne sztuczne rafy w morzu? Jeśli chcesz ochronić brzeg na jakimś istotnym odcinku, wystarczy zrobić klasyczny próg podwodny z narzutu kamiennego i z czasem on sam stanie się sztuczną rafą. Daj roślinom i zwierzętom czas i spokój, a sobie zagospodarują ten obszar. Brzeg będzie chroniony, a rafa sama się wytworzy (tutaj akurat piję do siebie, żeby nie było wątpliwości).

Zatem, po co to robić? Niektórzy robią to po to, żeby leczyć swoje kompleksy, niektórzy po to, żeby połechtać swoje ego, niektórzy chcą być sławni. Ja nie zaliczam się do żadnej z tych grup. Ja robię to, żeby zostawić coś po sobie światu, równocześnie chcąc zrozumieć sposób działania rzeczywistości. Może nawet zrozumieć Boga?

Myślę, że to jest dobry moment na pozostawienie Cię z pewnym niedosytem. Dalsza część pojawi się jutro, ponieważ potrzebna jest mi inna książka, którą w ostatnim czasie czytałem. Jutrzejsze pytanie będzie naprawdę ciężkie, chyba nie da się na nie odpowiedzieć w sposób jednoznaczny. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie.

Do zobaczenia,

J.